Jestem fotografem. To znaczy, zarabiam na życie robieniem zdjęć produktowych, ale moją prawdziwą miłością jest fotografia uliczna. Łapię światło, wyrazy twarzy, przypadkowe momenty, które układają się w prawdziwe historie. Zazwyczaj spędzam soboty na mieście, ale ostatnio pogoda dała w kość. W sobotę rano spojrzałem przez okno i zobaczyłem szare, deszczowe niebo. Cały plan wziął w łeb. Leżałem na kanapie, przewijałem Instagram, nudziłem się strasznie. Po godzinie scrollowania miałem wrażenie, że mój mózg zamienia się w papkę.
Kiedyś, dawno temu, grałem w pokera z kumplami, ale jakoś mi to obumarło. Online? Nigdy nie próbowałem. Myślałem, że to takie wyrachowane, bez emocji. Ale w tę deszczową sobotę potrzebowałem czegoś, co oderwie mnie od myślenia o zawodzie fotografa. Przypomniałem sobie, że jeden z moich znajomych, który pracuje w korpo i ciągle narzeka, od jakiegoś czasu wspomina o jakiejś platformie. Mówił, że czasem wrzuci stówkę dla rozrywki i ma niezły ubaw. Z ciekawością wpisałem w wyszukiwarkę hasło, które kiedyś rzucił: „vavada kasyno"". Wyskoczyło mnóstwo linków, ale jeden z nich wyglądał znajomo.
Kliknąłem i trafiłem na stronę. Na początku przeraziła mnie ilość gier. Było tego mnóstwo. Automaty, gry stołowe, ruletka na żywo, blackjack. Przez chwilę czułem się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Nie wiedziałem, od czego zacząć. Założyłem konto w pięć minut – żadnych skomplikowanych formalności, tylko mail i numer telefonu. Nawet nie musiałem od razu wpłacać pieniędzy. Znalazłem jakieś demo, wirtualne żetony, żeby po prostu obadać, jak to działa.
Zacząłem od prostego slotu z owocami. Wiecie, taki klasyk. Wciskałem przycisk, kręciłem bębnami, a one wirowały z głupawą muzyką. Na początku wydawało mi się to dziecinnie proste. Ale po kilkunastu minutach, kiedy trafiłem małą wygraną – jakieś 20 żetonów – poczułem lekkie podniecenie. To było jak robienie dobrego zdjęcia – ten moment, gdy wszystko gra. Szybko jednak przegrałem te żetony i wróciłem do stanu wyjściowego. Zero emocji. Pomyślałem wtedy: „No dobra, czas na prawdziwą akcję"".
Wpłaciłem 100 złotych. Żadna wielka suma, mniej więcej tyle, ile wydaję na kawę i ciastko w weekend. Postanowiłem, że to mój limit na ten wieczór. Zacząłem od ruletki na żywo. O rety, to było coś! Widziałem prawdziwego krupiera w eleganckiej koszuli, kręcącego kołem. Kamery pokazywały wszystko z bliska. Krupier rzucał kulkę, a ja stawiałem na czerwone lub czarne. To była totalna abstrakcja. Siedziałem w swoim pokoju w dresach, a czułem się, jakbym był w kasynie w Monte Carlo. Dodałem do tego jakieś kilka zakładów na konkretne numery, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to strata kasy.
Postawiłem więc na czerwone. Wypadło czerwone. Wygrałem 100 złotych. Potem postawiłem znów na czerwone. Znowu czerwone. Miałem już 300 złotych. Na chwilę zrobiło mi się gorąco. Pomyślałem: „O kurczę, może to mój dzień? Może zarobię na nowy obiektyw?"" Ale zaraz się opamiętałem. Fotografia uczy cierpliwości i dystansu. Nie można się spieszyć. W kasynie to samo – jak się za bardzo napalisz, to stracisz wszystko.
Zrobiłem sobie przerwę. Napiłem się herbaty i przewinąłem Instagram. Zobaczyłem kilka fajnych zdjęć z Paryża i pomyślałem, że fajnie by było tam pojechać. Wróciłem do komputera i postanowiłem zagrać w coś innego. Wybrałem automat z motywem egipskim. Faraonowie, piramidy, takie tam. Miał fajną grafikę i sporo bonusów. Kręciłem tym przez jakieś dwadzieścia minut. Wygrywałem małe sumy, przegrywałem, znów wygrywałem. W końcu trafiłem darmowe spiny. Włączyła się jakaś specjalna animacja, a ja dostałem 15 darmowych okrążeń. Wtedy padła wygrana – 500 złotych. Nie jakaś kosmiczna suma, ale czysta radość. Podskoczyłem na krześle. Żona spojrzała na mnie z kuchni i zapytała: „Co się stało?"" – „Wygrałem!"" – krzyknąłem. Zaśmiała się i powiedziała: „To zamów pizzę"".
I wiecie co? Miałem rację. To było świetne uczucie. Nie chodzi o pieniądze, tylko o ten zastrzyk adrenaliny. W ciągu godziny oderwałem się od myślenia o pracy, o rachunkach, o całym tym dorosłym gównie. Byłem tylko ja, wirtualne żetony i egipski faraon. Wypłaciłem 400 złotych, zostawiając 100 na późniejszą zabawę. Czułem się spełniony.
Następnego dnia, w niedzielę, znów padało. Przejrzałem ofertę vavada kasyno i znalazłem turniej dla graczy. Wziąłem w nim udział za darmo, bo był z limitem wpisowym 0 zł. Grałem w slota o nazwie „Sweet Bonanza"" – pełno cukierków, kolorów i przyjemnej muzyki. W ciągu godziny wygrałem jeszcze 150 złotych. Turniej zakończyłem na 12. miejscu, ale frajda ogromna. To było jak rywalizacja w grze wideo, tylko z prawdziwą stawką.
Od tamtego weekendu gram regularnie, ale z głową. Często wpłacam 50-100 złotych, bawię się godzinę-dwie, a potem wychodzę, nawet jeśli wygrywam. Nie gonię za wielkimi pieniędzmi. Dla mnie to forma relaksu, taka alternatywa dla Netflixa. Wiem, że łatwo wpaść w pułapkę, ale ja mam zasadę: traktuję to jak bilet do kina. Jak przegram, to znaczy, że zapłaciłem za rozrywkę. Jak wygram – to miły bonus.
Polecam każdemu, kto ma nudny wieczór i chce przeżyć coś nowego. Nie musi to być wielka wygrana. Wystarczy mały sukces, żeby poczuć się lepiej. Ja swoje weekendowe wieczory od teraz spędzam przy komputerze, z kubkiem herbaty i wirtualną ruletką. A jak wygram więcej, to kupię ten obiektyw. Albo bilety do Paryża.